W bardzo dalekim kraju, gdzie krowom na ulicy mawia się “dzień dobry” urodził się taki poeta, jak Rabindranath Tagore. Znasz? Ja nie znałem, chociaż to pierwszy laureat nagrody Nobla z Azji podobno. Facet pewnie napisał dużo wyjątkowych rzeczy, na które nigdy nie znajdę czasu. Jedną rzecz jednak, która przewinęła mi się w motywacyjnym memie na stronie thinkingmindspage, zauważyłem. Ba, poruszyła mnie na tyle, że nawet sprawdziłem poprawność cytatu. Kilka prostych inspirujących słów.

“The One who plants trees, knowing that he will never sit in their shade has, at least started to understand the meaning of life.“

Mam permanentnego zajoba na punkcie roślin. Moje mieszkanie każdego dnia coraz bardziej przypomina dżunglę. Od poziomu gościa, który potrafił jeszcze kilka lat temu zasuszyć kaktusa doszedłem do poziomu, gdy wlokąc się do kuchni celem zapolowania na śniadanie sięgam już odruchowo ręką do parapetowego ogródką z rukolą, szczypiorkiem, bazylią i roszponką. To tylko część konsumpcyjna mojego ogrodu, bo przecież wiele roślin mieszka tu tylko dlatego, że chciałem je mieć i patrzeć na nie jak rosną. To drugie jest zresztą chyba dużo ważniejsze. Moja, do niedawna będącą budowlanym lejem po bombie, chata, wygląda dziś jak dżungla i cieszę się gdzieś w środku, że nie mieszkam w domu z bali pod lasem. Rośliny pewnie pokryłyby całą moją rzeczywistość tak szczelnie, że jedynie wprawne oko wyłowiłoby jakąś nienaturalną zabudowę. Dość powiedzieć, że szukam systemu podsufitowego, by wszelkiego rodzaju zwisakom pokroju hoji, bluszczy czy lipsticków dać przestrzeń do rozciągania swoich macek.
To nie było trudne – dziś wiem, że to nie magiczne zdolności, wiedza tajemna lub inne grimmuary dają wiedzę na temat tego jak się obchodzić z roślinami, tylko systematyczność i jakiś element emocji, które wzbudzają. Te pojawiły się w chwili, gdy zdałem sobie sprawę, że rośliny zielone to nie pamiątki z wakacji czy chwilowego porywu serca, tylko żywy organizm, który ma swoje potrzeby.

-‘Michał, sprawę mam’ – zadzwoniłem wczoraj do swojego zarządcy nieruchomości
-‘o, przypomniałeś sobie o stanie liczników wody?’ – odpowiedział prawie rechocząc
-‘Nie, o tym mi przypomniałeś właśnie teraz. A ja drzewo chcę. Drzewo zasadzić. Na podwórku u nas’
-‘Bóg Cię opuścił? Gdzie ty wciśniesz drzewo między tymi naszymi chaszczami?’

Zarząd wspólnoty ma podobne wyobrażenie zieleni w głowie do mnie. Na każdy kawałku „dawniej trawnika” rosną wieloletnie nasadzenia. Bogactwo kwiatów zadziwia każdego, kto trafi wąską bramą z Andersa w tą zaciszną część podwórka. Ostatnie kwiaty umierają tu z końcówką listopada. Wiele jest też pereł, których normalnie nie uświadczysz. Wysadzanych przez aktywizowane zielenią sąsiadki. To dość rozczulające gdy widzisz staruszkę chwiejącą się nad grobem, która późną jesienią laską wygrzebuje dołek do którego wrzuca cebulkę jakiegoś tulipana. Ta, by zwieńczyć się kwiatem musi przecież zmarznąć w trakcie zimy leżąc pod szczelną kołdrą śniegu. Czy sąsiadce starczy czasu, by jeszcze zobaczyć wysadzony przez siebie kwiat? Myślę, że to dla niej najmniej istotne.

-‘jest takie miejsce po topoli, którą wycięliśmy kilkanaście lat temu, bo nie było szans na reanimację tego suszka. Tam chciałem się wcisnąć. Jakiś metr od chodnika i półtora metra od drogi dojazdowej dla piekarni’.
-‘Ty no, weź mi powiedz, bo tego nie rozumiem. Czemu chcesz je sadzić na podwórku?’.
-‘Bo chcę je mieć na oku’ – uśmiechnąłem się, chociaż przecież tego w słuchawce nie widać –‘mógłbym posadzić je w lesie, ale jak znam życie potem bym go nie znalazł. Tu będę przynajmniej mógł dopilnować, żeby mi nie uschło przez pierwsze kilka lat, jak te nieszczęścia od Muranowskiej’

Miasto rok do roku wymienia mi wszystkie drzewa wzdłuż krótkiego odcinka Muranowskiej. Z jakiegoś powodu opłaca się m.st. Warszawie wysadzać rok do roku 8 drzew tylko po to, by potem pozwolić im uschnąć. Nigdy nie widziałem przy nich polewaczki, choć zerkam przez to okno bardzo często. No, ale kto bogatemu zabroni. Żaden zielony też nie robi o to rabanu, bo przecież prościej awanturować się o prawa zwierząt, auta, smog czy w końcu ścieżki rowerowe. Kolejne betonowo – asfaltowe ścieżki rowerowe, których koszt m2 przekracza wielokrotnie koszty chodnika z pełną infrastrukturą dla niepełnosprawnych.

-‘w sumie.. ‘- głos w słuchawce zawiesił się na moment –‘..mogę przecież o tym nie wiedzieć, prawda?’
-‘to samo usłyszałem od naszego zieleniarza’
-haha, już z nim gadałeś?’
-‘musiałem mieć alternatywę gdybyś się nie zgodził. Za rok, może kilka lat, na jego usunięcie będzie potrzebna decyzja, bo nie będzie się już kwalifikowało na samosieję. To teoretycznie nie jest problem przy wycince, ale jak nie trafi się nam aktywista od betonowania przestrzeni publicznej, to będziesz miał nowe drzewo, trochę cienia i jeszcze jednego ogrodnika na kawałku darmowego etatu’
-‘haczyk?’
-‘sam wybiorę co to będzie. Mogę Ci tylko obiecać, że gatunek rodzimy, nie inwazyjny’ – dodałem po chwili namysłu –‘wchodzisz w to?’
-‘niech będzie’ – usłyszałem po kolejnej chwili ciszy –‘kiedy chcesz je posadzić?’.
-‘na wiosnę’


Plan jest taki, by wybrać w tym roku najlepszego kasztana. Żołądź. Może jakąś wątłą siewkę, która wzrosła w tym roku w nieodpowiednim miejscu. Odchować od dzieciaka i wysadzić w wybranym miejscu na wiosnę przyszłego roku. Drzew już kilka posadziłem, ale to jedno ma być wypełnieniem jednego z kanonicznych zaleceń dla patriarchatu.

social media:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *