Telefon zawibrował w ładowarce
-‘Kuchnia wydaje?’ – krótka wiadomość na Whatsupp.
-‘Kuchnia typowo polska, każdego głodnego nakarmi’ – odpowiedziałem JJ zdawkowo. Dla niej zawsze drzwi trzymam otwarte.

Kilkadziesiąt minut później siedzieliśmy już przy stole przegadując co ciekawego wydarzyło się u obojga od naszego ostatniego spotkania. Dni może nie minęło za wiele, ale i historii do podsumowania się zebrało niemało.

-‘choć ruszymy się na chwilę do sklepu. Ciasto bym zrobił, ale muszę jajka dokupić’ – przerwałem JJ w połowie zdania. Przyzwyczailiśmy się do wzajemnego przerywania sobie słowotoku. To zresztą dość skuteczna metoda, by monologi nabrały kolorytu lub odpłynęły w kierunkach rzadko przewidywanych. Kilka minut później naśmiewaliśmy się już w sklepie obok z Właściciela, któremu brakowało jaj. Na półce, ale zawsze brzmi to nie za dobrze. Obiecał poprawę, a my ruszyliśmy w kierunku sklepu drugiego wyboru, czyli Biedronki.

Skręt przez podwórko, krótka rozmowa o ambasadzie Chińskiej, wojnie handlowej, chińskiej demokracji i jesteśmy już na Bonifraterskiej.

-‘widziałeś?’

Wzdłuż ulicy, przy pasie zieleni na całej długości postawione czerwone lampki. Część zgasił deszcz, część dzielnie rozświetla otoczenie tworząc linię.

-‘uhm’

Zakupy na szybko. Pędem do kasy, standardowo do odstania swoje w kolejce. Wzdłuż ostatniego odcinka wszystko to, czego dusza znudzonego dobrobytem Europejczyka może zapragnąć, a nie znajdzie w domu. Jakiś upiorny demon marketingu wymyślił, że stojąc do kasy można jeszcze raz spróbować namówić Cię na coś, co nie będzie może dobre dla Twojego zdrowia, ale chwilowo zagra na Twoim mechanizmie nagrody. Dopieści Cię po wyimaginowanych problemach dnia codziennego. Ukoi skołatane nerwy stoiskiem monopolowym, chipsami, czekoladą, gazetką, lodami. W duszy zacząłem współczuć wszystkim matkom stojącym tu w kolejce z młodymi. Weź wytłumacz jęczącemu szczawiowi, że nie kupisz mu tego, bo to nie jest dla niego dobre. Dzieci są tak podatne na reklamy i presję otoczenia.

-‘to Wasza inicjatywa?’ – pytam przy kasie Panią Biedronkę
-‘ale co? A, te lampki. Nie, właśnie wszyscy mnie pytają o co chodzi’
-‘no jak o co chodzi? Powstanie przecież’ – patrzę na nią trochę jak na kosmitę
-‘w Getcie?’
-‘jakim Getcie? Powstanie Warszawskie, ostatni dzień’
-‘upadek!’ – dopowiada przebierający nogami facet wykładający już na ladę obok kasy swoje zdobycze spożywcze. Wzrok pełen zdziwienia przemieszanego z pogardą i niedowierzaniem ma podobny do mnie.
-‘Boże, to dziś.’ – Pani Biedronka zalała się niewidocznym rumieńcem. W oku, zza okularów zatańczył jakiś blask lub refleks. –‘Moja Mama uciekła na Starówkę. Potem ewakuowała się kanałami. I trafiła potem do oflagu’
Słowa wypadają jej nieskładnie. W oczach przebiegają wszystkie historie, których słuchała od najmłodszych lat. Nie pytam o szczegóły. Widzę, że chwilowa niepamięć jest już powodem jej głębokiego skrępowania.
Wyszliśmy ze sklepu z JJ i skręciliśmy za lampkami w kierunku Pomnika Powstania Warszawskiego.

* * *

Franek podszedł do syna i ciepłym, choć nie znoszącym sprzeciwu tonem powiedział
-‘ubieraj się Zdzisiu. Potrzebny będziesz’
W drzwiach pokoju pojawiła się żona Franka. Na jej twarzy malowało się przerażenie przemieszane ze wściekłością na męża.
-‘przestań go ciągać ze sobą na akcje. Przecież to dziecko, tylko biedy narobi’.
-‘nie mieszaj się’ – Franek odburknął nie odwracając wzroku od małego, który wiązał buty. Nie był może najszczęśliwszy, że to akurat jego dziecko pójdzie z nim na akcję, ale przecież nikt nie będzie podejrzewał dziecka, jeżeli stanie na czatach. Mały był zresztą na tyle zręczny, że prościej będzie mu uciec między ludźmi, niż dorosłemu. Każdy starszy stojący na rogu ulicy i nie wykonujący pracy dla III rzeszy był dla hitlerowców podejrzany.
-‘a jak się coś mu stanie?’
-‘to wtedy się nim zaopiekuję’

Gdy kilka miesięcy później wybuchło Powstanie Warszawskie Franek Szadkowski „Willen” został przydzielony do III-go Obwodu „Waligóra” Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej w stopniu sierżanta. Po rzezi Woli przebił się do Śródmieścia i w ramach grupy Północ walczył na Starówce. W trakcie obrony zamku królewskiego 16 sierpnia został ciężko ranny i przetransportowany do szpitala w Pałacu Raczyńskich przy Długiej, gdzie zmarł następnego dnia. Pochowano go w prowizorycznym grobie przy murze. Nie doczekał chwili, gdy do jego lazaretu trafiła Grupa Bojowa „Reinefarth”. Kryminaliści Dirlewangera dokonali tu jednej z najbardziej okrutnych zbrodni na Powstańcach. To oni chwilę później, wg relacji Mathiasa Schenka, belgijskiego ochotnika w SS i dość przypadkowego świadka tych zdarzeń, pędzili pielęgniarki z tegoż lazaretu przez Plac Piłsudskiego. Nagie, z rękami na głowie. Po nogach ciekła im krew. Za nimi ciągnęli lekarza z pętlą na szyi nazywając go „Chrystusem Warszawy”. Miał na sobie kawałek szmaty czerwonej od krwi, i kolczastą koronę na głowie. Szli pod szubienicę przy której stołki wykopywał ich dowódca, Oskar Dirlewanger. Doktor prawa, skazany w latach 30 za czyny nierządne z 14 latką. Na stosach wśród pomordowanych płonęli nie tylko powstańcy, ale również część hospitalizowanych przez Polaków żołnierzy Wehrmachtu. Tych, którzy protestowali najgłośniej, by Powstańców traktować po ludzku. Tak jakby sensem wojny była walka ze wszystkim tym, co uważamy za ludzkie. Nie z człowiekiem jako istotą w rzeczy samej.

Po wojnie ciało Franka, najstarszego z braci mojego dziadka, przeniesiono po ekshumacji na cmentarz powstańców na Woli, na którym rozpoczął swój szlak bojowy. Dzięki prowizorycznej mogile przy szpitalu na Długiej nie został spalony na stosach ciał z tymi, którzy dożyli upadku Starówki.

Zdzisiek, jego syn, przeżył. Po wojnie został bokserem. Bił się jak ludzie dzicy, bez opamiętania, ryzykownie i do nokautu. Dzięki temu prawdopodobnie trafił do reprezentacji Polski, a na jego walkach w Hali Gwardii niejednokrotnie pojawiali się mój Dziadek z Babcią. Poznałem go gdy jeszcze żył na jednym z rodzinnych spotkań.

Oskara Dirlewangera w 1945r schwytały francuskie oddziały okupacyjne. Został rozpoznany przez polskich jeńców i w niejasnych okolicznościach pobity tak dotkliwie, że zmarł na skutek pęknięcia czaszki. Niektórzy twierdzą, że trafił do obozu, w którym znajdowali się Powstańcy Warszawscy i to oni właśnie zrobili to, co trzeba było zrobić. Jego podkomendni, którzy przetrwali wojnę, w wielu wypadkach dożyli w spokoju późnej starości. W 2008 IPN odnalazł jeszcze 10 z nich, ale niemieckie śledztwo w tej sprawie zostało umorzone w 2012 r.

* * *

Stanęliśmy z JJ przy Pomniku Powstania Warszawskiego. Znicz już nie płonie. Tylko kilka lampek ułożonych w symbol Polski Walczącej i jakieś nieliczne cienie ludzi przemykających w drodze do swoich ciepłych domów. Kilkaset metrów dalej, na Długiej stoi odbudowany Pałac Raczyńskich. Otoczony zielenią i codziennym gwarem turystów. Warszawa mieni się kolorami świateł, wysokich budynków. Żyją w niej ludzie ubrani w markowe ciuchy, mający ciepłe mieszkania, pełne lodówki i dobre, spokojne życie. Nasz spokój burzą co najwyżej lokalne kłótnie kierowców z rowerzystami, niedostosowane do różnych upodobań kulinarnych menu w restauracji, marnotrawione pieniądze publiczne, afery małych kombinatorów oraz małość ludzi, którymi wszyscy daliśmy sobą rządzić.

Wróciliśmy z JJ z tych incydentalnych zakupów do mnie. Przegadaliśmy resztę wieczoru o małych i większych sprawach z naszego otoczenia. Trochę o prywacie, trochę o tym jak się każdemu z nas układa i co nam ciąży na dobrym nastroju nie dając mu wbić się na oczekiwany poziom. W tle unosił się zapach ciasta. Jeszcze gorącego, popijanego herbatą earl grey z odrobiną miodu.

Gdy to piszę jest już nowy, kolejny dzień, po 75 rocznicy upadku Powstania Warszawskiego. Pewnie zanim zasnę w wygodnym łóżku przez głowę przeleci mi jeszcze raz przez głowę krótkie zdanie, które kołacze mi się od chwili, gdy zobaczyłem rząd czerwonych lampek wzdłuż ulicy Bonifraterskiej.

-‘Bez względu na różne oceny Powstania Warszawskiego nie spieprzmy tego. Plis.’

social media:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *