Jest taka dolina na środkowym zachodzie, zatopiona gdzieś w wielobarwnej mozaice skalnej utkanej ze wszelkich znanych naszemu wzrokowi odcieni czerwieni, jak Moab. Nazwę nadał jej właściciel pierwszej poczty i zagorzały mormon, który wędrując po zachodzie i szukając jakiegoś miejsca dla siebie osiadł tu na stałe. Sięgając do historii biblijnych, którymi mormoni naznaczali każdy dzień, z jakiegoś powodu wybrał nazwę tożsamą z fragmentem obecnej Jordanii, a dawniej przeklętej krainy wciśniętej pomiędzy plemiona Ammonitów i Izraelitów. Do dziś w Izraelu, jeżeli ktoś chce przypiąć łatkę zła, nieczystości lub odrazy sięga po Moab. Wszak Loth, jedyny sprawiedliwy uratowany z Sodomy, po stracie żony zamienionej w słup soli zapoczątkował to plemię sypiając z własnymi córkami.

Dla przeciętnych Mormonów widok Moab musiał być przerażającym miejscem. Osada wbija się klinem pomiędzy dolinę kanionów, przez którą szukając drogi na własną rękę trafiałeś zawsze albo do podnóża prawie pionowej skały, albo na wzgórze, z którego wielkość tych blizn widoczna była jak na dłoni. Gdyby nie handlarze z Taos i Santa Fe zapewne nikt o zdrowych zmysłach nie pozostałby tu na dłużej. Tak, z powodu Old Spanish Trail, jak nazywali ten szlak do Kaliforni wspomnieni handlarze, Moab posadowione na brzegu rzeki Colorado stało się najlepszym punktem dla chwili odpoczynku oraz drogowskazem jak nie pobłądzić w tych niegościnnych stronach. Mały skręt z trasy w bok i przed oczami widziałeś już tylko labirynt szczelin rozciągających się po horyzont od miejsca, w którym dotarłeś do krawędzi skały. Siedząc nad rzeką Colorado nieopodal Moab i sącząc lokalne piwo próbowałem wyobrazić sobie to jak ta dolina wyglądała gdy dotarli tu pierwsi osadnicy. Bez dróg i mostów, bez mapy, z ciągłym oglądaniem się za siebie czy przypadkiem chwila deszczu nie podniesie poziomu wód o kilka metrów lub odwrotnie, gdzie ostatnia rzeka zakręca ku miejscom bardziej przystępnym pozostawiając wielkie połacie tej krainy samym sobie. Gdzie każda kropla wody droższa jest niż jakiekolwiek złoto, które udało Ci się zgromadzić, by zacząć nowe życie. W tym osobliwym miejscu, gdzie tylko Indianie mówią dobranoc. Trudno powiedzieć czy to niegościnność tych stron, czy też złe konotacje wynikające z nazwy powodują, że w całym Utah to miasto cieszy się wśród mormonów najgorszą sławą. Wszak jedynie co 5 mieszkaniec deklaruje tu przynależność do kościoła LDS, co jak na stan Utah jest ogromną rzadkością.

Dla przeciętnego Indianina Moab musiał być przerażającym miejscem, choć nauczyli się czytać znaki Wielkiego Ducha jak nikt inny i potrafili przeżyć nawet w tak odseparowanych miejscach, jak szczyt Arches, o którym biali mawiają „The Devils Garden”. Tam, na szczycie w prawie pustynnym piasku rosną krzewy i drzewa sprowadzając na manowce wędrowców swoją zielenią. Choć dają odrobinę cienia nie znajdziesz wśród nich grama wody. Drzewa szumieć będą nad Tobą powtarzając z wiatrem, że to, iż jeszcze pozostały zielone zawdzięczają tylko temu, że potrafią czerpać wodę z powietrza. Także każdego Twojego oddechu. Otoczenie Moab dla przeciętnych Indian to miejsce mistyczne, gdzie młodzi często trafiali na swoją inicjację. To miejsce, gdzie pielgrzymki Indian udają się rokrocznie by odprawić rytuały pod The Delicate Arch – skalnym łuku, który natura ustawiła w tym teatrum jak wielki telewizor. Miejscu, gdzie każda skała opowiada historię stworzenia, a zaklęci w skały czerwonoskórzy uczą przechodniów praw i zasad bez stronnic książki. Siedząc nad brzegiem rzeki i nieopodal Moab i sącząc lokalne piwo starałem się wyobrazić sobie jak ta dolina wyglądała oczami Indian, którzy niejednokrotnie pod wpływem środków psychoaktywnych przemierzali te święte dla nich miejsca. Ze wszystkimi posępnymi twarzami wyrytymi przez naturalną erozję na skałach, gdzie orle nosy tych skał wskazują kierunek wędrówki ku Delicate Arch. Ktoś wychowany na kreskówkach pod tymi skałami przypominającymi absolutnie każdy odcinek Strusia Pędziwiatra, po psylocybinie pewnie pochichrałby się tylko zakarzykując nosowo „mimi!” i przewróciłby się w dzikim pędzie do rowu. Ale Indianie przecież nie mieli w tych czasach telewizorów.

W historiach biblijnych starego testamentu wraz z nazwą Moab pojawia się kobieta imieniem Rut. Postać niezwykła, która wywodziła się z plemienia odsądzanych od czci i wiary kazirodców z Moabu. W wierzeniach żydowskich wystarczyło jedno dotknięcie szaty Moabity, by uczynić Izraelitę nieczystym. Rut, przy wszystkich swoich kulturowych nieszczęściach dziedziczonych po przodkach, stała się jednocześnie dla żydów przykładem jednej z najwspanialszych kobiet opisanych na kartach starego testamentu. Historia ta wg. talmudycznej tradycji, jest zresztą jedną z trzech, które gdy są ponownie odczytywane, dzieją się gdzieś ponownie na świecie. Na wszelki wypadek, by nie produkować metafizycznych zdarzeń streszczę tylko, że z powodu głodu, który panował podówczas w Betlejem, do Moabu uciekła Noemi i Elimelek oraz ich dwóch synów Machlon i Kilian (ich imiona w wolnym tłumaczeniu to Choroba i Zagłada). Oni wzięli sobie za żony Rut i jej siostrę Orpę. Gdy zmarli, Rut porzuciła wszystko i udała się za chlebem wraz za swoją teściową w drogę powrotną do kraju swego zmarłego męża. Z pełną świadomością trafiła pomiędzy ludzi, którzy znając jej plemienną przynależność nie zmienili swojego stosunku jej rodu. Wszak wszystko co złe, po upadku Sodomy i Gomory, przychodziło już tylko z Moabu. Historia Rut, która wydarzyła się już w Betlejem przewija się praktycznie w kawałkach z jej życia przez każde popularne romansidło, które wyprodukował Holywood przez ostatnie sto lat oraz większość literatury europejskiej. Ot tyle, że księga Rut w opowiedzeniu tej historii była nie tylko pierwsza, ale odbiła się jeszcze echem w Nowym Testamencie. Wszak król Dawid, daleki wnuk Rut, jest wymieniany w drzewie genealogicznym Jezusa Chrystusa.

Dziś, dla przeciętnego podróżnego XXIw, cicha noclegownia turystów o dźwięcznej nazwie Moab jest miejscem, które gdy uświadamiasz sobie tą mieszankę metafizycznych splotów okoliczności, budzi jakiś niepokój u każdego agnostyka. W szczególności, gdy klucze do pokoju wydaje Ci recepcjonistka imieniem Ruth. Gdy dociera do Ciebie jak te kulturowe przekazy w siatce historii splatają się tu ze sobą, zaczynasz rozumieć też jak bardzo wszyscy jesteśmy do siebie podobni w tym naszym tłumaczeniu sobie świata na różne sposoby. To, co jest tu dla wszystkich wspólne to cykliczna koncepcja czasu, stanowiąca fundament wierzeń zarówno Indian jak i fundament całej filozofii bliskiego wschodu. Powtarzające się cykle są jedną z immanentnych cech otaczającego nas świata i piszących się w nim naszych historii.

Do Moab trafiłem po części za namową zaprzyjaźnionych Indian, którzy dość asertywnie protestowali przeciwko mojej niechęci do deptania ich świętych kamyków. W poprzednim roku, dla Arches, ze względu na nadal odprawiane tam przez Indian ceremonie, przyznałem sobie samodzielnie tytuł lokalnej persona non-grata. Przyjaciele jednak uparcie twierdzili, że Wakantanka nie jest tylko domeną Indian i powinienem go tam ot tak, dla samego siebie poszukać. Nie upierałem się długo – wszak byli jednym z miejsc w mojej trasie po środkowym zachodzie, które zamiast paki mojego Dodge’a gwarantowało mi spokojny sen z miękką poduszką pod głową. Jedyna rzecz, którą postawili mi jako warunek, dotyczyła zbierania i dokumentowania wszystkiego, co spotkam w Arches i jego okolicach. Jak mówiła ich przekazywana ustnie tradycja jest szereg znaków, przez które Wakantanka przemawia do nas w Arches. Najważniejszym jest jednak to, by móc je umiejętnie zinterpretować.

Biegałem po tych skałach gapiąc się na te naturalne cuda i szukając w nich jakiś wyjątkowych znaków. Dopiero wieczorem, gdy przez skype zacząłem opowiadać i przesyłać wybrane obrazy z hurtowo strzelanych zdjęć, zrozumiałem, że w tej pozornej zabawie dla moich przyjaciół jest jakaś głębsza logika. Tu potrzebna jest mała dygresja związana z pewną niepowtarzalną cechą ich społeczności. Wśród Indian rzeczą dość powszechną są wielopokoleniowe rodziny. Na kupie mieszkają ze sobą dzieci, ich rodzice, dziadkowie, często także bliscy rodziny lub Ci, których los jakoś tam pokrzywdził lub pokręcił ich drogi. W przeciwieństwie do naszych lewicowych Europejczyków odpowiedzialności za cudzy los Indianie nie przekierowywują na jakieś mityczne mechanizmy gospodarcze lub państwowe, ale biorą sprawy w swoje ręce. Każdy ma swoje miejsce, swoje zadanie czy przydział. Każdy też traktowany jest jako istotny element tej społeczności. Ten pozorny kołchoz ma swoje dobre strony nie tylko w tym, że tradycja i historia płynnie przechodzi na wszystkich oraz jest nadal pielęgnowana, ale również przez to, że każda, nawet największa głupota staje się w życiu takiej rodziny wydarzeniem wspólnym, przeżywanym po równo przez każdego jej członka.
Poczucie wykluczenia w ludziach bez względu na kulturę bierze się podobno przede wszystkim z wyłączenia jednostki z życia całej społeczności. Choć telewizja próbuje nam to uczucie w postępowej Europie jakoś kompensować, będzie zawsze tylko namiastką tego życia we wspólnocie, gdzie dzielenie się zarówno radością jak i wspólnym przeżywaniem porażek i tragedii jest społeczną normą. Miałem od jakiegoś czasu pewność, że moje rozmowy z Ryanem od dawna były już udziałem całej rodziny. Choć nie znałem dobrze jej członków miałem świadomość, że historia lekko stukniętego białego, który ma wpaść w odwiedziny i przechodzi właśnie swoją inicjację w Arches krążyła zarówno wśród młodych jak i dziadków, którzy jak się później okazało w tym temacie mieli do powiedzenia najwięcej.

-‘Cześć Ryan. Żyję, zjechałem do Moab. Ogarnąłem już hotel i zaraz spadam przebiec się przez miasto. Jak u was?’
-‘U nas w porządku, zdążyłeś do Arches czy zrobiłeś tylko Canyonlands?’
-‘Canyonlands i Dead horse’ – odparłem prawie na wdechu, bo ta pozornie krótka wycieczka zajęła mi zdecydowanie więcej niż to wynikało z mapy –‘trochę pozjeżdżałem z trasy jadąc z Salt Lake i stąd opóźnienie’.
-‘Sicheii pyta, czy obserwujesz znaki’- mimo skłonności Ryana do przemycania słów z języka Navajo zdążyłem się już nauczyć, że mowa o dziadku. A może to jego imię?
-‘szczerze mówiąc nie wiem kiedy powinienem przestać je zauważać’ – uśmiechnąłem się do tabletu –‘to można jakoś u Was zapauzować? Pytam, bo powinienem zrobić trochę miejsca na telefonie. Za chwilę przestanę się mieścić ze zdjęciami przez ten dzień. Poczekaj zresztą chwilę. Rozłączmy się, to spróbuję Ci za moment wysłać kilka strzałów z dzisiaj.
-‘ tyle tego nazbierałeś?’ – Ryan roześmiał się na tyle głośno, że jakaś amerykańska rodzina obejrzała się na mnie z parkingu pod motelem. Widok kaleczącego język angielski turysty oraz gadającego do tabletu z człowiekiem o równie dziwnym akcencie musiał być zresztą dla nich dość osobliwy od samego początku.

-‘Ryan, powiem Ci jak jest. Siedzę na ławce i patrzę na jakieś wzgórza, od których w moim kierunku biegnie właśnie potężna nawałnica z błyskawicami. Widok mam na jakieś kilkanaście mil, więc prawdopodobnie za moment będę musiał kończyć, żebym nie musiał parafrazować Little Dorothy „Ryan, I’ve got the feeling we’re not in Moab anymore”. W skrócie mówiąc nie dalej jak pół godziny temu, gdy tu wjeżdżałem powitała mnie podwójna tęcza, która spłonęła w zachodzącym słońcu na moich oczach, a to co z niej zostało zwaliło mi się na głowę. Nie jestem spocony, mam wrażenie, że ktoś wylał na mnie wiadro wody. Przez całe Canyonlands ganiały mnie kruki. Chwilę temu widziałem zresztą jak lecą w kierunku tych wzgórz w sam środek tej burzy pod tęczą’ – starałem się zachować powagę i nie parsknąć śmiechem, bo faktycznie nawet bez substancji psychoaktywnych można było sobie upleść z tego ładną opowieść –‘mam wymieniać dalej, czy poczekacie chwilę na te zdjęcia?’

-‘Ślij’
-‘a ty oddzwoń jak już Sicheii je obejrzy’

social media:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *